Joanna Lorenowicz, Black Friday

Proszę, dziękuję, przepraszam – magiczna moc tych słów potrafi łamać wszelkie bariery i prostować najbardziej zawiłe stosunki pomiędzy ludźmi.

Ciekawe jednak, na którym miejscu znalazłby by się owe czasowniki w rankingu słów wywierających największy wpływ na  nasze decyzje – gdyby o taki ranking się pokusić.

 „Każde pokolenie ma własny czas” śpiewał kiedyś Grzegorz Skawiński. Parafrazując jego słowa można powiedzieć, że każde pokolenie ma swoje słowa wytrychy – choć mam nadzieję, że klasyka na zawsze pozostanie niezmienna.

Co zatem dzisiaj podrywa nas do „ boju”?

Ano są takie słowa – ich moc jest bezdyskusyjna, zasięg nieograniczony, a popularność nadzwyczajna: rabat, wyprzedaż, promocja – oto zwycięscy w kategorii „Najbardziej piorunujące słowa wszech czasów”.

Łazimy wiec po centrach handlowych, z uporem wyglądając upragnionych „sale”, nie zastanowić się ani przez chwilę, z jakiego powodu handlowcy na całym świecie, tak bardzo  troszczą się o kieszeń konsumentów?      

Potem wracamy objuczeni reklamówkami, dumni i zadowoleni z udanych łowów, projektując sobie w głowach, jakąż to furorę zrobimy w naszym otoczeniu, kiedy pokażemy się w tych  wszystkich zdobyczach. I nic to, że debet na koncie coraz większy – mina koleżanki za to bezcenna.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że  jesteśmy niczym marionetki dyndające na  sznurkach sprytnie wtłaczanych nam do głów przekonań, za którymi stoi niewidzialna ręka marketingu.  Przekonań, które każą nam wierzyć, że metka na bluzce, którą nosimy – świadczy o naszej wartości –  bez względu na to w jakim kraju została wyprodukowana, a urządzenie mobilne, służące do komunikowana się na odległość, powinno być oznaczone  nadgryzionym  owocem, w przeciwnym razie nie warto go na  światło dzienne wyciągać.

Wiem, wiem –  wszystko to w okazyjnej cenie,  w świetnej jakości i  przecież należy się nam w życiu odrobina luksusu. Mam tylko jedno pytanie – bo czegoś tu nie rozumiem; kiedy te wszystkie zrabatowane   produkty mają cenę adekwatną do swojej wartości?

Świadomość istnienia marketingowych pułapek niestety nie odstrasza mnie od takich atrakcji jak choćby Black Friday, (który niepostrzeżenie stał się Black Week). Skuszona socjotechniczną propagandą, buszuję w najlepsze miedzy atrakcyjnie wycenionymi produktami, łapiąc się od czasu do czasu na takim oto przypuszczeniu, że ta tzw. promocja to wcale nie promocja, tyko cena, za która produkt zostanie sprzedany z założonym przez handlowców zyskiem. No tak, ale w takim razie po co to całe zamieszanie?  Nie wiem, zupełnie nie mam głowy to tego handlowego galimatiasu.

Czekając w kolejce do przymierzalni pocieszam się wszakże myślą, że skoro „coś” podejrzewam, nie jestem taka głupia, jak oni mądrzy!

 Dziękując za uwagę, przepraszam, jeśli zepsułam Ci radość kupowania.  Proszę zastanów się jednak, zanim ubijesz kolejny świetny interes, kto tak naprawdę na nim skorzysta?

A i jeszcze jedno – prawdziwy i być może jedyny Rabat to stolica Maroka – z innymi lepiej ostrożnie.

Udanego czarnego piątku. 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

7 komentarzy “Joanna Lorenowicz, Black Friday”

%d bloggers like this: